Dla jaj.

– Proszę pani, co to jest za piwo, ten Atak Chmielu?

Powiedziałam, co wiedziałam, pan kiwa głową, pokazuje jeszcze na dwa, trzy inne piwa, pyta, czy mamy jakieś stouty, zaczynam opowiadać, rozmowa przebiega sprawnie i bardzo normalnie, i nagle… pan mi przerywa:

– Ja bardzo panią przepraszam, ja znam te piwa, ja wiem po co przyszedłem, ja tak dla jaj panią zapytałem, myślałem, że mi pani powie że pani tu tylko kasuje, czy coś, a pani tak na serio, naprawdę, przepraszam, zaraz sobie coś wybiorę.

Pan wybrał kilka piw, kilka razy mnie jeszcze przeprosił i wyszedł. A podobno to kobiece umysły są nie do ogarnięcia.

Reklamy

Te wszystkie dogi i tak są z Żywca.

Problem jest dużo poważniejszy niż się nam wszystkim zdaje. Bo jak piwo może być z zagranicy, skoro jest z Żywca?

Ile razy zdarzyło mi się, że z dobrego piwa niemieckiego, szkockiego, czy ostatnio amerykańskiego ktoś rezygnował, bo dojrzał na nalepce Piwiarnię Żywiecką. I nie przetłumaczysz, że importer, że to nie tak, że nie rozlewa w garażu żywcowych resztek, że te piwa rzeki przepłynęły i góry pokonały, no nie dogadasz się – pani to musi sprzedać i makaron na uszy nawijać, a jak jest naprawdę nie wie nikt, skoro Pilsner Urquell mógł być warzony w Polsce, to i Brew Dogi warzyć można. Proste.

Ja nawet nie winię takich gości, teraz, kiedy na głównej Gazecie piszą, żeby pić tylko regionalne, trochę kulawo byłoby dać się porobić i za 15 złotych kupić zwykłego Żywca. Tylko jak wytłumaczyć komuś takiemu świat na nowo? Ostatecznie, nawet ci wredni, uparci i szukający dziury w całym mają prawo do dobrego piwa. Produkuje się więc człowiek i produkuje, uśmiecha się, opowiada, i kiedy już myśli, że jest bliski zwycięstwa, dostaje szpilę między oczy:

– A to pani to smakowało? To ja może to pszeniczne jednak wezmę, co na początku chciałem. Po tamto może kiedyś z żoną wrócę.


Wildeman Farmhouse IPA, Flying Dog.

Opakowanie to majstersztyk. Nawet jeśli nie mam pojęcia co ma oznaczać wyrysowany na etykiecie dziwny stwór, ciężko oderwać od niej wzrok. Szalony farmer z rozbieganym wzrokiem sugeruje, że ciężko poprzestać na jednym piwku. Zobaczymy, czy w środku czeka na mnie podobne szaleństwo.

Zaraz po nalaniu piana jest dość wysoka, ma ładny, biały kolor, po chwili opada, ale towarzyszy mi do samego końca, zostawiając na szklance wysoki ślad.

Zapach jest niesamowity, intrygująca mieszanka owoców, czuję wyraźną mandarynkę, grejpfruta, trochę banana, przez wszystkie te aromaty przebija się delikatna przyprawa, może goździki? Wszystkiego dopełnia lekko pikantna chmielowość. Bardzo przyjemnie wącha się to piwo, ale nie ma co dłużej zwlekać, biorę pierwszego łyka.

W smaku witają mnie mocne cytrusy, znów dominuje mandarynka, w tle pojawia się lekka słodowość. Orzeźwiająca kwaskowatość piwa wspomagana jest przez wyraźną, sosnową goryczkę. Pomiędzy wszystkimi nutami przebiegają drożdże, wyczuwam gdzieś w oddali delikatne przyprawy, zioła dodane w nienachalny sposób czynią to piwo istnym cudem.

Boska mandarynka, która ma 7,5 konia. To najprostsze podsumowanie całości. Choć gdybym miała zgadywać, w życiu nie dałabym temu piwu takiej mocy. Wydaje się tak lekkie i niewinne…

Jedyny minus, na który zwraca uwagę mój portfel, to cena. Te amerykany mnie wykończą. Chociaż w sumie… sakwa piszczy, ale dusza się raduje, więc może nie ma na co narzekać. Może lepiej oddać się przyjemności i popłynąć myślami na wakacje do Maryland.


Czechosłowacja na zawsze w naszych sercach.

– Poproszę jakieś dobre piwo Czechosłowackie.

Podobną prośbę słyszę kilka razy w tygodniu. Za każdym razem próbuję wybrnąć z tak postawionego pytania inaczej, mamy dobre, czeskie piwa, tam jest kilka słowackich, jestem uprzejma, klient jest zadowolony, cztery dwadzieścia do zapłaty, wszyscy się uśmiechamy, do widzenia.

Klient wychodzi a ja zostaję, zadając samej sobie trudne pytania na temat roli sprzedacy we współczesnym świecie. Mam koleżankę, która pracuje w księgarni. Z uporem maniaka tłumaczy ludziom, że Konstytucja 3-go Maja, którą próbują kupić nie jest tą aktualną i że ich dziecku w szkole na nic się nie przyda. Że to nie po to przyszli. Ale powiedzmy, że wybór odpowiedniej konstytucji mieści się w kategorii problemów jej branży. Kiedy ktoś gada totalne bzdury dotyczące piwa, też mam mniejsze opory, żeby go naprostować.

Zresztą, w księgarni człowiek łatwo przełknie to, że myli imię pisarza z jego nazwiskiem a tak w ogóle to oba źle wymawia, podobnie w sklepie z piwem jakoś pogodzi się z wiadomością, że to, że nazywa piwo chmielową zupą ma niewiele wspólnego z rzeczywistością.

Co jednak, kiedy banialuki przekraczają próg specjalności sklepu i wychodzą znacznie dalej? To wbrew pozorom poważny problem. Jak w uprzejmy sposób uświadomić drugiego człowieka, obcego, neutralnie lub nawet przyjaźnie nastawionego, który do tego powinien zostawić w sklepowej kasie parę złotych, no jak go uświadomić, że się myli, że Wrocław nie leży nad Wisłą, że „Chłopów” nie napisał Sienkiewicz, tylko Reymont, że Nirvana już raczej nie zagra w Polsce, czy wreszcie, że Czechosłowacji już nie ma.

Od lat próbuję znaleźć sensowne rozwiązanie i naprawdę nie wiem. Czy powinnam w ogóle szukać rozwiązania? Czy rolą sprzedawcy jest wyprowadzanie ludzi z historycznych albo geograficznych ciemności? Może lepiej nie komentować, tylko z uśmiechem numer pięć gadać swoje, on o dawnych stolicach Polski, ja o browarze, każdy w swoją stronę? To byłby już Monty Python na całego.

Oddając się rozmyślaniom wracam do obowiązków. Być może rozwiązywanie problemów natury egzystencjalno-moralnej bez zimnego piwa pod ręką trochę mija się z celem, ale co zrobić, praca nie wybiera.

Jedyne, czym mogę się wesprzeć, to refleksyjna muzyka.

[Uświadomiłam sobie, że stwierdzenie, że nie mam zimnego piwa pod ręką mija się z prawdą. Mam mnóstwo zimnego piwa pod ręką. Mam, a jednak nie mam. Smutne.]


Mózgownica w opałach.

– A co to znaczy ale?
– A jak to się robi?
– Co to znaczy, że drożdże są górnej fermentacji?
– A dolnej?
– Jakie to na przykład są?
– A stout to jaka fermentacja?
– Imperial to znaczy że co?
– I to się inaczej robi?
– Pale ale to jest inne ale?
– To znaczy, że pilsnera się robi inaczej?
– Czyli jak?
– A co potem?
– To może mieć tyle samo ekstraktu a mniej alkoholu?
– I ten ekstrakt to jest co?
– Od czego to zależy?
– I tylko tym to się różni?
– Czy czymś jeszcze?
– A pszeniczne?

Bo mi smakuje to, a co to znaczy i jak to się robi, mózg mi prawie eksplodował. Cały czas zastanawiam się, czy to nie była jakaś zemsta nietoperza za moje narzekania na piekielnych klientów.

Ostani raz czułam się tak w liceum, na biologii, próbując przy tablicy sklecić coś sensownego na temat garnituru chromosomowego, który uparcie nazywałam marynarką. Wstyd i hańba. Usiadłam i siedzę, i sama nie wiem, czy coś w ogóle wiem.

Nie przyszło mi do głowy, napalając się choćby na imperial stouta, sprawdzić jak się dokładnie to cholerstwo robi. Skupiłam się na zdobywaniu wiedzy praktycznej, co jak by nie patrzeć, przynosi wymierne efekty i jest szalenie przyjemne. To właśnie to, że picie piwa jednocześnie może bawić i uczyć czyni tę pracę tak ciekawą. Tylko w ten sposób ma to sens. A tu proszę… pan mnie przyatakował z teorii. I to porządnie. Załatwił mnie z półobrotu.

Pierwszy raz dostałam takiego strzała, przemiły pan, naprawdę, nie mogę go winić za to, że nie dość że chciał wybrać dobre piwo to jeszcze dowiedzieć się tego i owego, to się czasem zdarza, nie spodziewałam się tylko że to będzie to to i owo razy tysiąc. Ale przecież o takich klienach skrycie w tych sklepach marzymy, o tym, żeby pytali, próbowali i zostawali sekciarzami z krwi i kości.

Na znaczną część pytań odpowiedziałam, żeby nie było, nie jestem aż takim tłukiem, ale zrobiło mi się gorąco. Bardzo gorąco. A przecież nie tak to miało wyglądać.

Ale co nas nie zabije, to nas wzmocni. Zapuszczam się w internety w poszukiwaniu piwnej mądrości. Miłego dnia!


Angielskie Śniadanie, Pinta.

Od tygodnia próbuję uwiecznić Angielskie Śniadanie na zdjęciu. Niestety, za szybko wypijam to, co mam w szklance, zapijam się tym piwem jak jakiś popapraniec. W ciągu paru dni wypiłam go znacznie więcej niż jakiegokolwiek piwa w ciągu całego życia, albo inaczej, życia po odkryciu, że studenckie ładowanie w siebie Tyskacza z promocji jest w gruncie rzeczy słabe.

Zakochałam się w tym piwie. Wiem, że są tacy, którzy mówią że szału nie ma, ale ja na jego punkcie oszalałam. Ładna pianka, złocista barwa, drobne bąbelki, które mkną do góry… Cudowny, mocno chmielowy zapach zapowiadał goryczkę w stylu Ataku Chmielu. A w smaku niespodzianka. Piwo delikatne, wyważone, każdy łyk robi smaka na kolejne trzy. Śniadanie działa tu zupełnie inaczej, niż Atak, który sam jeden wystarczy mi za porządną kolację.

Jedyne ESB z jakim wcześniej miałam do czynienia, to Fuller’s. I Pinta chyba bardziej mi smakuje, Angielskie Śniadanie kojarzy mi się z czystą, źródlaną wodą, ożywczym deszczem i bieganiem na boso po pustej plaży. Uważam, że to bardzo udane piwo. Niepokojąco, uzależniająco udane.

Czekam na wersję butelkową, do porównania.

I wciąż marzę o koszulce Pinty, choć powoli dochodzę do tego, że żeby pochwalić się koszulką będę musiała przytyć 20 kilo i popracować nad zarostem. Dolna granica pintowej rozmiarówki w postaci męskiej M odbiera mi wiele przyjemności. Koszulka Angielskiego Śniadania ma taki ładny kolor, żeby to chociaż była S… Ja wiem, że mężczyźni rzadko występują w rozmiarze S, szczególnie tacy, którzy nie mają już pod nosem mleka, tylko piwo, ale jak widzę w sklepie dziesiątego faceta w ciągu dnia dumnie przechadzającego się w koszulce Ataku albo Imperium, to robi mi się zwyczajnie, po dziewczyńsku smutno. Bo dlaczego on może a ja nie?

Na pocieszenie hicior z lat dziecinnych. Waglewski to jest równy gość:


Czy piła pani KTÓREKOLWIEK z tych piw?

Gdybym za każdym razem, kiedy słyszę to pytanie, dostawała złotówkę, miałabym już naprawdę dużo złotówek.

Zresztą, nie chodzi nawet o samo pytanie, ja te męskie wątpliwości czasem rozumiem, czasem mogę je nawet usprawiedliwić, wiem że nie mam aparycji ochleja, piwny brzuszek też raz mi się pojawia, raz znika, nie będę też nikogo czarować, dopiero parę miesięcy temu zaczęłam odróżniać ipa od epa. Chodzi o minę srającego kota, która prawie zawsze temu pytaniu towarzyszy.

No ludzie, mi nigdy w życiu do głowy by nie przyszło wejść do mięsnego, rzucić sprzedawczyni zrezygnowane spojrzenie i walnąć: „ooo, pani to na pewno jest wegetarianką”. A potem, przy wybieraniu kiełbasy, dopytać oszołomioną kobietę, czy próbowała tej podwawelskiej, czy może tylko od szefa wie, że dobra. Przypuszczam, że po upewnieniu się, że nie jesteśmy w ukrytej kamerze, pani wsadziłaby mi tę podwawelską w miejsce, do którego nic nie powinno być wsadzane. A już na pewno nie kiełbasa.

Zakończę pozytywną piosenką: